Nasze propozycje


Koszty dostawy



Nasze strony

www.ekatecheza.pl

Newsletter
Jeśli chcesz dostawać informacje o produktach i nowościach.
Mam dwadzieścia lat i raka. Żyję
Mam dwadzieścia lat i raka. Żyję

Chcę tego życia jak szalony. Wszystko we mnie krzyczy o sile duszy, która kocha i ma nadzieję. Mam dwadzieścia lat i raka. Żyję. Wracam po długim, sztucznym śnie bez emocji. Bezgłośne godziny, w których ciało zostało otwarte, przetrząśnięte, ponownie zeszyte.

 

„Mam dwadzieścia lat i raka”.
Żyję.


Wracam po długim, sztucznym śnie bez emocji. Bezgłośne godziny, w których ciało zostało otwarte, przetrząśnięte, ponownie zeszyte. Ziarno zasiane przez Karalucha natrafiło na dłonie sprawnie rozpoznające jego sztuczki i oszustwa, zdolne uwolnić komórki i tkanki z jadu, który ma posmak śmierci. Dwadzieścia cztery godziny temu leżałem na stole operacyjnym, twardym, zimnym, walcząc o przyszłość. Wskazówki życiowego zegara zrobiły pełny obrót i teraz stoję na nogach. Jeszcze skrępowany drenażami, słaby i wycieńczony, ale już wyprostowany, o własnych siłach. Bez zastanowienia, kierując się pędem do życia, wstałem z łóżka, zerwałem wszystkie sączki, by poszukać łazienki. Rzuciłem wyzwanie lękowi, by udowodnić samemu sobie, że rak nie wygrał.

Dreszcze.

Właśnie przeszedłem zabieg usunięcia tarczycy i nowotworu złośliwego, który owinął się wokół niej, tworząc jakby pokrowiec z pajęczej sieci. Aby zadusić życie i oddech. Pięć godzin operacji, walka przypominająca brutalną partię szachów, w której stawką są uderzenia serca. Trzymam drenaże w rękach. Chwytam worki z moją krwią. Jest ciemna, gęsta, to jest życie, które nie przestaje płynąć.

Chcę tego życia jak szalony.

Wszystko we mnie krzyczy o sile duszy, która kocha i ma nadzieję. Stanąłem na nogi, szedłem korytarzami, które wydawały mi się nieskończone. Mój wzrok napotykał podkrążone, ale nie pogodzone z klęską oczy chorych, toczących wojnę z bolączką, i odważnych pielęgniarzy, świadomych podejmowanych tu wysiłków. Dotarłem do drzwi łazienki i zamknąłem je plecami. W czystym lustrze natrafiłem na wzrok mężczyzny, różnego od tego młokosa, który zasypiał w sali operacyjnej. Było to spojrzenie kogoś poddanego próbie i osłabionego, ale rozświetlonego czułym dotykiem duszy. Rozsunąłem górną część piżamy i spojrzałem na bandaże opasujące ranę. Powoli unosiłem jedną po drugiej kolejne warstwy gazy, wciągając powietrze. Plaster napinał anemiczną skórę, zaczerwienione brzegi wyznaczały linię cięcia, poprzecinaną ciemną nicią szwów. Z sercem podchodzącym do gardła spojrzałem na żywe ciało w kolorze krwi, obrzmienie, z którego Karaluch został wyrwany.

Wyrzucony ze mnie, z moich marzeń, z najdroższych uczuć.

Rana jest przed moimi oczami, patrzę na nią. Szwy i plastry, które ją zamykają. Widzę krew. Krew na szyi, krew na rękach. Moją krew. W głowie jakby biała zasłona usuwająca wszystkie myśli. Szybko, jak automat, zakładam ponownie opatrunki i bandaże, jakby ten akt ich odsłonięcia nigdy nie nastąpił. Zapinam koszulę piżamy. Biorę do ręki sączki, które położyłem na umywalce. Otwieram drzwi łazienki.

Jestem na czwartym piętrze szpitala Sant’Orsola w Bolonii. Patrzę w głąb korytarza. I wtedy zauważam ją. Natrafiam na wzrok mojej matki. Biegnie, wyciąga do mnie ręce, obejmuje mnie, a w sercu przypominają mi się słowa Maryi pochylonej nad swym Synem, który upadł pod ciężarem krzyża: „Jestem tu”. To jest współdzielenie, objęcia miłości, to jest matczyny ból. Płaczemy, jedno w objęciach drugiego.

Ja i mama.

W duszy rozbrzmiewają słowa życia Chrystusa: „Spójrz, Matko, oto czynię wszystko nowe”.

Oddech wolności. Pragnienie łaski.

Zwyciężyłem w pierwszej bitwie tej wyczerpującej wojny, która wywróci moje życie do góry nogami, pozwalając mi spotkać przebaczenie i pokój.
Zamykam oczy. Otwieram je ponownie. Nabrzmiały łzami.

Emocje przeszłości są żywe jak obraz tej dopiero co zaszytej rany. A przecież minęło trzynaście lat. I teraz jestem tutaj, na plaży moich wspomnień.
Trzynaście długich lat. Trzynaście lat niekończącej się głuchej ciszy. Trzynaście lat bólu i cierpienia. Trzynaście lat lęków. Trzynaście lat modlitw. Trzynaście lat samotności i spotkań. Trzynaście lat odzierania ze skóry i blizn na sercu. Trzynaście lat, w których różne „czy” przeobraziły się w „dlaczego”.

I oto jestem tu. Zamarły. Nieruchomy.
Z otwartymi oczami i słuchającą duszą.
Jak sięgnąć okiem morze.

Dźwięk morza, czuły dotyk morza; siła morza, lęk przed morzem.

Dziś jest wzburzone, wiatr rozwiewa mi włosy, brudząc mi twarz piaskiem i morską solą. Jestem tu, siedzę, czując nadmorską wilgoć, która przenika ciało. Patrzę na chmury, które odpływają i wracają. Zauważają mnie i osłaniają swym cieniem. Jak w życiu. Wszystko biegnie i przemija. To jest jak dusza pomalowana tysiącem kolorów. Jak umysł, który nigdy się nie zatrzymuje, chwila po chwili przebiegają przez niego nieuchwytne myśli.

Oto jestem tu.

Plaża marzeń. Rozglądam się dokoła. Nic się nie zmieniło. Jej zapachy, jej kolory, jej głębokie wspomnienia.

Ileż wspomnień!

W dniu, w którym odkryłem miłość, byłem tutaj z Rossaną, rozmawialiśmy o nas, a nasze usta zalewała radość. Kiedy rak mnie znalazł, byłem sam, opłakiwałem marzenia i przyszłość, nie wiedząc w tamtym czasie, co Karaluch zrobi ze mną.
Po zakończeniu pierwszej radiojodoterapii przyjechałem tutaj, aby zadać sobie tysiące „dlaczego”, niezliczone pytania bez odpowiedzi cisnęły mi się do głowy, wywołując silne doznania i emocje.
W dniu, w którym Rossana zostawiła mnie i odeszła, byłem na tej plaży i płakałem, powalony na kolana, a łzy przeszywały mi duszę, bo czułem się zagubiony i zbłąkany.

Kiedy o tym myślę.

Chciałem ją stracić i pozwolić jej wyśliznąć się z moich rąk. Czasami myślimy, że umiemy kochać, gdy tymczasem nie jesteśmy nawet w stanie usłyszeć głosu serca.

W dniu, w którym spotkałem Ilarię, przyjechałem tutaj szczęśliwy, bo myślałem, że uda mi się uwolnić serce i w pełni przeżyć miłość. Ale nagle to serce stało się nieczułe, upokarzając jej duszę, a ja nie potrafiłem zrozumieć przyczyny i ciężko mi było znieść to uczucie.

Kiedy mi zabili tatę, wróciłem na ten brzeg. Nieruchomy, blady, drżący. Nagle wstałem i wydałem z siebie krzyk bólu, który jeszcze do teraz rozdziera mi piersi, a samotność i jego nieobecność dzień po dniu rozszarpują moje życie.

Byłem tu, kiedy Emanuele, przyjaciel w czasie terapii i cierpień, brat w duchowym odrodzeniu i zmartwychwstaniu, narodził się dla nieba. Jeszcze bardziej samotny, pytając się „dlaczego”, biegłem wzdłuż tego brzegu, obryzgując się piaskiem i wodą, nie czując ciepła czy też raczej lodowatości morza w zimowej porze.

Dziś jestem tu znów na plaży marzeń, po miesiącach niekończącej się samotności i oddalenia od siebie i od własnego serca. Gdyby nie Matka Niebieska, nie wiem, czy mógłbym znów tutaj być. Szczęśliwy, w pokoju, z chęcią do życia i obleczenia egzystencji miłością.

Miałem szczęście, to prawda, bo spotkałem Karalucha, ale nie śmierć, choć wiele razy przechodziłem przez mroki cierpienia. Potem przyszła Ona, Ta, która też powiedziała „Oto jestem”, Wielka Matka, i wszystko znów zajaśniało radością. We mnie i poza mną.
Tak, Matko, bez Ciebie, bez tej drogi zbudowanej z łez i potu, dzisiaj by mnie tu nie było, nie pisałbym tych stronic przepełnionych światłem i nadzieją.
Tak, Matko, chcę być świadkiem czasu i życia.
Tak, Matko, jestem tu nagi, jestem szczęśliwie sobą, z dala od więzów, które mi oplotły serce i duszę.
Nie jestem już niemy ani głuchy, Matko, wybrałem drogę wolności, która umie przyjmować, marzyć, kochać, powlekając niebo życia tysiącami odcieni.
Właśnie wróciłem do domu po przeżyciu wielu dni na ziemi pocałowanej przez Maryję.

Medjugorie.

Kto by kiedyś powiedział? Serce uzdrowione, zbudowane z ciała i pasji, nowe wybory życiowe i zerwane pęta, chęć pójścia dalej drogą wiary i nadziei. Patrzę w morze i myślę o tych dniach jak o przepływających małych falach, które się rozbijają w moim wnętrzu. To były gorące chwile narodzenia się na nowo. Momenty, w których nagle egzystencja nabrała nowego wymiaru, kiedy dostrzegłem po raz pierwszy niebo pełne świateł i gwiazd.

 

Fragment książki: Z otwartymi ramionami wśród obłoków - Fabio Salvatore

 (fot. facebook.com/fabiosalvatorepaginaufficiale)

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl