Nasze propozycje


Koszty dostawy



Nasze strony

www.ekatecheza.pl

Newsletter
Jeśli chcesz dostawać informacje o produktach i nowościach.
Czy dzieci potrzebują prawdziwych ojców?
Czy dzieci potrzebują prawdziwych ojców?

Jeden z najpopularniejszych filmów minionych lat opowiada o ojcu samotnie wychowującym dziecko. Ojciec ten traci swojego jedynego syna w wyniku porwania. Jest on współwinny tym wydarzeniom: jego nadopiekuńczość popchnęła wręcz syna do wykazania się i lekkomyślnego wystawienia się na niebezpieczeństwo.

Ten bardzo trzymający w napięciu i ciekawy film opowiada o tym, jak ojciec naprawia swój błąd, przezwycięża własne obawy i udowadnia swoje ojcostwo, ratując syna.

Tym ojcem w potrzebie jest mała, pomarańczowa rybka o imieniu Martin, szukająca swojego syna Nemo. Gdzie jest Nemo porusza kwestie, które dotykają zarówno widzów dorosłych, jak i ich dzieci: jak troskliwi powinni, mogą, muszą być ojcowie? Jak surowi? Czy do procesu wychowywania powinni wprowadzić coś męskiego, czy dzisiaj dużo ważniejsze jest zdobycie matczynych umiejętności? Do czego ojcowie mogą się jeszcze przydać, skoro matki potrafią robić to wszystko, co mężczyźni? A na odwrót, ojcowie nigdy nie będą potrafili robić tego wszystkiego, co robią matki. Czy fakt ten należy odbierać jako dowód męskiego wybrakowania? Czy potraktować to jako ulgę?

Kwestie te stawiają zbyt wysokie wymagania nie tylko samotnie wychowującemu błazenkowi. Zestresowany, niekompetentny ojciec jest sprawdzonym od dawna tematem na komedię. Ku radości publiczności schemat ten wciąż się zmienia, najbardziej efektowny jest chyba w filmie pt. Trzej mężczyźni i dziecko (1987). W przypadku każdej komedii slapstickowej, której tematem jest brak męskiej zaradności (śmierdzące pieluchy! zbyt gorąca butelka do karmienia!), w rzeczywistości chodzi o wykształcanie się uczucia. Z pracoholików będących ofermami w stosunkach damsko-męskich powstają pełni empatii i uczuć macierzyńskich mężczyźni.

Przez pewien czas bardzo popularnym był plakat przedstawiający nowego ojca jako człowieka łączącego w sobie męskość i opiekuńczość: mężczyzna z pięknie wyrzeźbionym, nagim torsem trzyma dziecko. Motyw ten wyraża pragnienie kobiet, które życzą sobie mężczyzny na nich skupionego, ale nie mięczaka. Troskliwy mężczyzna z mięśniami ze stali jest również życzeniem nowych ojców, którzy chcą, by ich pełne uczucia zainteresowanie dzieckiem nie zostało odebrane jako zniewieścienie. Jaki by ten plakat nie był kiczowaty: nie ma nic śmiesznego w ojcowskiej potrzebie tworzenia z dzieckiem bella figura. Jeśli chodzi o podział obowiązków płci w rodzicielstwie, potrzeba ta musi zostać uznana wręcz za kluczową kwestię.

Na moralizujące apele o większe zaangażowanie większość ojców reaguje uporem. Dużo lepiej jest więc postawić na bodźce niż obarczanie winą. Aby się przebić, nowy obraz ojca musi wiązać się z prestiżem.

Dominację nowego konsensu, według którego pełnowartościowym ojcem jest tylko ojciec oddany, widać również w chwilach niepowodzeń: któż nie pamięta owych strasznych chwil, gdy Michael Jackson – z powodu oszpecających operacji będący czysto fizjonomicznym symbolem nieudanej męskości – prezentował swojego syna tłumowi zgromadzonemu przed hotelem Adlon, prawie zrzucając dziecko z okna!

Nowi ojcowie cieszą się z narodzin ich dziecka w sposób demonstracyjny (nawet wtedy, gdy nie są ich biologicznymi ojcami). Udowadniają to, gdy w przypadku rozbicia rodziny kwestionują prawo do opieki matek, jak na przykład amerykański aktor Jude Law. Wymarzeni ojcowie dzisiejszego przemysłu świadomościowego są przeciwieństwem kryzysu ojcostwa, który ogarnął przeciętnych mężczyzn.

Kryzys ten w niemałym stopniu jest uwarunkowany kulturowo: o zmianie macierzyństwa krążą heroiczne historie. Kobieta wyrusza w świat i wbrew najsilniejszym nawet oporom społecznym zdobywa nowe, męskie zdolności, nie tracąc przy tym uzdolnień typowo kobiecych. Kobieca agresja uchodzi dzisiaj za postępową i jest wspierana w dobitny sposób (Niegrzeczne dziewczynki idą tam, gdzie chcą). Męska agresja jest za to przeważnie kulturowo potępiana nawet przez mężczyzn.

Ojciec ulegający przemianom powinien odwrócić się od świata zewnętrznego i sprawować pieczę nad wewnętrznym życiem rodzinnym, by odkryć tutaj i kultywować swoje własne macierzyńskie potencjały, z mężczyzny stając się tym samym prawdziwym człowiekiem. Jest to trudne dla mężczyzn, nawet jeśli sami rzadko przyznają, że nie odbierają tego jako kroku wstecz ani ograniczenia. Jak to nie: czy to nie matki szukają właśnie wyjścia z owego wewnętrznego królestwa, do którego powinni pospieszyć ojcowie? Dlaczego mężczyźni mają wkraczać na obszar, z którego kobiety koniecznie chcą się wydostać?

Nowy ruch ojców może mieć rację w wielu kwestiach: jednak także on jak do tej pory nie przedstawił pożytecznego, dodającego otuchy modelu ojca. W pamfletach przedstawia się ojców jako wykorzystywane i wykluczane ofiary, pokrzywdzone zwłaszcza w przypadku rozwodu. Piętnowanie takich niesprawiedliwości jest niezmiernie ważne. Jednak ruch ojców podpatrzył u ruchu kobiet dyskurs ofiary i teraz siedzi w nim po uszy.

Z całą powagą protestuje się przeciwko „antymęskim reklamom”, dokładnie tak, jakby demonstrowano feminizm drugiej płci: była na przykład reklama VW Sharana – żyjący samotnie ojciec odjeżdża w siną dal samochodem, który chciała zachować dla siebie matka wychowująca dzieci. Aktywiści ruchu ojców rzeczywiście prowadzili korespondencję z zarządem VW, skarżąc się na to, iż stosunek ojca z reklamy do dzieci był ukazany zbyt negatywnie. Współzawodnictwo pod kątem ofiar pomiędzy matkami i ojcami to prawdopodobnie ostatnia rzecz, jakiej potrzebują dzisiaj i tak już żyjące w napięciu rodziny.

W jaki sposób jednak dojść do pozytywnego i realistycznego modelu nowego ojca, który będzie odpowiadał złożoności nowych stosunków pomiędzy płciami?

Na pewno wiele dałoby zakończenie demonizacji. Po ostatnim stuleciu z wojnami i rozlewami krwi, pełnym załamanych, nieobecnych, wyniszczonych, pełnych urazów i osłabionych ojców nie ma już właściwie nic do unicestwiania. Jeszcze zanim feministyczna krytyka patriarchatu mogła dać odpocząć staremu modelowi ojca, bieg historii zdążył już gruntownie go zdeprecjonować.

W procesie tym można już zauważyć oznaki przewartościowania świata ojców: na powojennych ojców patrzymy na nowo, a wcześniej chcieliśmy przecież tylko się od nich odsunąć. Dziś pełni empatii chylimy czoła przed „cudem z Berna” i legendą, uznając pokolenie ojców, którym po wojnie, niewoli i powrocie do domu niełatwo było odegrać rolę, której od nich oczekiwano.

Świat ojców jako ekskluzywnych obrońców, zaopatrzeniowców i podejmujących decyzję jest bezpowrotnie utracony. Ponownie wzrastają jednak ideały ojcostwa postheroicznego.

Pomiędzy wyidealizowanymi ikonami nowego ojcostwa a komizmem sytuacyjnym ojcowskich niepowodzeń powstaje spora luka. Ani jedno, ani drugie nie odpowiada naszej woli: wiemy, że często nie jesteśmy w stanie spełnić wymagań (także tych naszych). Mamy też jednak dość tego, że ciągle ktoś stroi sobie z nas żarty. W rzeczywistości bycie zaangażowanym ojcem to całkiem ambitne zajęcie. Już nawet pod względem cielesnym odpadają mięczaki. Gdy po drugim dziecku błyskawicznie zapowiedziało się u nas trzecie (także ono długo nie czekało, w ten sposób mieliśmy trzy porody w ciągu niecałych dwóch i pół roku), rzuciłem w końcu palenie i rozpocząłem program fitness: tak, żeby to przetrwać, trzeba być sprawnym fizycznie. Trzeba trenować.

Nowe odkrycie ojcostwa w rodzinnej codzienności wymaga własnej formy narracji, która rezygnuje z prostych, idealizujących rozwiązań oraz komizmu. Zmiana ról w ojcostwie tworzy świat uczuć pomiędzy górnolotnością a obawą przed ośmieszeniem, pomiędzy pionierską dumą a strachem wynikającym z pozycji.

Przede wszystkim chodzi o codzienność, a nie o wymyślanie superzajęcia na weekend, za co zawsze odpowiedzialni byli ojcowie, podczas gdy matki biegały po sklepach. Prawdziwą przygodą z dziećmi jest zwykłe życie. Człowiek chce zaskarbić sobie miłość i szacunek swoich dzieci nie przy pomocy spektakularnych czynów, ale przez małe, codzienne, zwyczajne czynności – poprzez obecność i zaangażowanie. Budzenie i kładzenie spać, czytanie, kupowanie ubrań (czynność wysoce interesująca, jeśli zrezygnuje się z tak ukochanych, dotyczących gustu walk o „odpowiednie buty” i uszanuje się fakt, że dzieci same powoli budują swoją osobowość, uważając coś za cool albo ohydę). I w końcu: po prostu bycie, tak długie i częste, jak tylko się da.

Na przykład, gdy zimą zdarzają się nieuniknione przeziębienia i koniecznie ktoś musi zostać w domu, ponieważ dziecko nie może iść do szkoły. Z początku miałem lekkie obawy, gdy wychodziłem z redakcji, uzasadniając ten fakt tym, że moja córka źle się czuje. I rzeczywiście, w takich chwilach człowiek uświadamia sobie, jak bardzo jest zdany na pełne zrozumienia i życzliwe otoczenie. Na szczęście wszyscy moi przełożeni w „Die ZEIT” zawsze byli takimi ludźmi, niezależnie od tego, czy mieli dzieci, czy nie. Wypuszczanie pracownika do domu to przywilej, dobrze zdaję sobie z tego sprawę. Jednak nie powinno tak być. Matka samotnie wychowująca dzieci, pracująca na przykład w drogerii, o wiele bardziej niż my potrzebuje otrzymanego bez szykan wolnego dnia, który spędzi z dziećmi. Najpóźniej zauważa się to podczas śniadania: maluch jest marudny i zmęczony, może trochę płaczliwy. Z początku rodzic nie chce przyjąć tego do wiadomości i mówi: już starczy, zjedz, to poczujesz się lepiej.

Dziecko jednak nie czuje się lepiej, do niczego się dzisiaj nie nadaje, z nosa leci katar, oczy są czerwone, czoło rozpalone. Wydaje się więc rozkaz odwrotu: zostajesz w domu, ja też zostaję. Najlepiej jest od razu zapomnieć o planach na cały dzień, odwołać konferencję w redakcji i spotkanie z posłem XY i zdać się na to, że ktoś inny narzuci dzisiaj tempo. Opór jest bezcelowy i prowadzi jedynie do pogorszenia nastrojów wszystkich stron, a to dla odmiany prowadzi do tego, że przeziębienie będzie miało poważniejszy przebieg i potrwa dłużej.

A gdy już człowiek się przystosuje do tej sytuacji, zaczyna się robić bardzo przyjemnie. Jeśli dolegliwości nie są zbyt uciążliwe, dzieci świetnie czują się w roli chorych, nad którymi lituje się tata (lub mama), z którym (z którą) samemu siedzi się w domu. Wkrótce rodzic sam to zauważy. Można pocieszać malucha i dbać o to, by było mu wygodnie. Sama obecność i poświęcenie uwagi dziecku rzeczywiście może zdziałać cuda. Gdy pewnego zimnego, szarego przedpołudnia nasza najstarsza córka miała grypę i bardzo źle się czuła, zaparzyliśmy gorącej herbaty i położyliśmy się na sofie, żeby zobaczyć film Blues Brothers, którego ona jeszcze nie widziała. Po obejrzeniu – i kolejnej drzemce – moja córka była już prawie zdrowa.

Zaczęło się od wycia i zgrzytania zębami, ale reszta dnia była naprawdę wspaniała. W myśl protestanckiego sposobu pracy spędziłem „dzień bezproduktywny”. Nagromadziło się sporo maili, na telefony nie odpowiadałem, a artykuł, który miał być gotowy do następnego numeru, tłukł mi się już groźnie z tyłu głowy. W rzeczywistości jednak zrobiłem więcej niż w trakcie moich najproduktywniejszych dni w biurze – był to rodzaj cudownego ozdrowienia, wspieranego co prawda przez magiczne moce Johna Belushi’ego i Dana Akroyda. I to, co najlepsze: takie „ozdrowienie” to coś, czego mogłem dokonać tylko ja (albo oczywiście moja żona). Przy pocieszaniu chorego dziecka rodzic jest naprawdę niezastąpiony. (Podczas gdy nasze artykuły – nawet jeśli niechętnie przyjmujemy to do wiadomości – mogą zostać całkiem przyzwoicie napisane przez naszych kolegów). W jakim innym przypadku sama moja obecność może zdziałać tak wiele jak u moich córek – oczywiście tak długo, jak mnie potrzebują?

Do moich najpiękniejszych wspomnień dotyczących wczesnego dzieciństwa moich córek należy nauka jazdy na rowerze bez dodatkowych kółek. W pewnej chwili człowiek zauważa, że dzieci dorosły już do tego, żeby jeździć na dwóch kołach. W sposób wystarczający potrafią już opanować swoje ciało i sprzęt.

Tylko jeszcze sobie nie ufają. I to zaufanie, które pozwoli przekroczyć im próg samodzielności, ofiaruje się im, pchając je z tyłu, biegnąc obok nich, a potem już po prostu stojąc. Na początku wcale nie zauważają, że już się ich nie trzyma. Czasami odwracają się z przerażeniem i przewracają się. Jednak zorientowanie się, że przez jakiś czas jechały same, wprowadza je w stan euforii, która pomaga im podczas następnego razu.

Strach zniknął. Jeszcze widzę wszystkie trzy przede mną, jak na wielkim parkingu przed sklepem przeżywają tę chwilę, nagle zaczynają pedałować jak szalone, coraz szybciej pędzą w kółku, śmiejąc się i radośnie pokrzykując. Jeśli miałbym określić, co najbardziej cenię w życiu z dziećmi, to są to właśnie takie momenty. Człowiek cieszy się razem z nimi, ale jest też trochę smutny, gdyż wie: tym razem jeżdżą tylko w kółko. Tak jednak nie pozostanie. Któż chciałby przegapić takie chwile?

Tak samo jest w przypadku sportu. Od kilku lat moje dwie starsze córki trenują judo. A było to tak: Charlotte, średnia córka, w wieku lat pięciu zaczęła wykazywać coraz więcej agresji wobec sióstr, przede wszystkim wobec najstarszej – Emily. Każda mała kłótnia kończyła się ciosem, coraz częściej Emily przychodziła do nas z płaczem i skarżyła się na złe zachowanie Charlotte, która najwyraźniej miała trudności z odnalezieniem swojej roli pomiędzy najmłodszą a najstarszą siostrą i rozwiązywała problem przy pomocy siły. Ciągłe besztanie jej za to miało mało sensu.

Co zrobić z wojowniczą Charlotte? Nawiązaliśmy kontakt ze związkiem judo. Od samego początku Charlotte miała radochę z tego, że mogła się tam wyszaleć. Mata była dla niej miejscem, w którym agresywność była mile widziana i jednocześnie odpowiednio ukierunkowana. W judo obowiązują określone zasady, a cały rytuał walki zakłada szacunek dla przeciwnika i uczciwość. Gdy Emily zobaczyła białą judogę siostry, też chciała trenować. W ten sposób siostrzana rywalizacja przeniosła się na matę. Braki Charlotte zostały zamienione na triumf, a w końcu stały się one źródłem pewności siebie. Odnosiła wiele sukcesów i przynosiła do domu puchary, które stoją w witrynie w jej pokoju i świadczą o jej zwycięstwach.

Nie da się jednak uniknąć porażek. Mówiąc w sposób staroświecki, podczas uprawiania sportu (a być może zwłaszcza sportu walki) buduje się charakter, i to zarówno u rodziców, jak i u dzieci. „Zwyciężanie jest piękne – mówi trener Charlotty, Uwe – może jednak ogłupiać. Człowiek uczy się czegoś jedynie w przypadku porażek”. Uwe to twardy zawodnik, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Potrafi zbesztać i ryknąć. Mimo tego dzieciaki go lubią i szanują, ponieważ widzą, że bierze je na serio i darzy zaufaniem. Jego krytyka zawsze jest pocieszeniem w stylu: „Wiem, że potrafisz zrobić to lepiej”. Jednak porażki muszą istnieć, trzeba też dzieciom pozwolić na ich przeżywanie, zamiast starać się je przed nimi bronić, co oczywiście zawsze jest pierwszym odruchem. Umniejszanie przegranej w stylu: „To nic, i tak dobrze walczyłaś” jest bezcelowe. Nie stanowi pocieszenia. Dziecko zauważa, że dorosły nie wytrzymuje nieprzyjemnej sytuacji i nie jest szczery. Maluch czuje się jeszcze gorzej. Albo zachowuje się tak, jakby wszystko było znowu dobrze, żeby nie niepokoić dorosłych. Zauważyłem, że w takiej sytuacji o wiele lepiej jest po prostu zamknąć się i przytulić dziecko.

Porażka jest ważną lekcją także dla rodziców: jeśli ktoś nadgorliwie popędza swoje dziecko, będzie musiał przeżyć to, że załamie się ono pod presją. Stojąc na brzegu maty, człowiek uczy się, jak ważnym po nieuniknionej porażce jest danie oparcia dziecku i wytłumaczenie mu, że to wcale nie oznacza końca. Od początku Emily było ciężej trenować judo, ponieważ z natury jest bardziej skryta od swojej młodszej siostry. Za to dla Charlotty treningi były rozwiązaniem jej problemu z agresją. Znalazła swoje miejsce i stała się bardziej zrównoważona. Emily nie chce dać jej za wygraną i dzielnie walczy. Częściej trzeba ją pocieszać i podbudowywać. Dużo ważniejsze dla niej jest jednak to, żeby zobaczyła, że bezsensownym jest poddawanie się na samym początku, bo na końcu spotyka człowieka nagroda za wytrwałość. W obliczu tego współzawodnictwa między siostrami Anna poświęciła się zupełnie innym zajęciom: przez długi czas radość sprawiał jej balet, potem spróbowała hokeja, a obecnie z zapałem jeździ konno.

Wciąż dowiaduję się, jak mało nad tym wszystkim panuję: można wspierać dziecko, motywować je, w przypadku porażki trzeba je pocieszyć. Jednak zachęcanie go do zajęć, które mu się nie podobają, nic nie da. Nie można też całkowicie ustrzec dzieci przed tym, że poznają swoje własne granice. Jest to wręcz najwartościowsza lekcja dla obu stron. Poprzez zabawę dzieci uczą się oceniać swoje możliwości i zostają zachęcane do wyczuwania, co jeszcze mogłyby osiągnąć. Rodzice natomiast uczą się okiełznania swojej oczywistej ambicji i pozostawiania dzieciom wolnej przestrzeni na własne doświadczenia.

Sportowy ojciec (sportowa mama) są niezastąpieni. Nikt nie może przejąć ich roli, ani trener, ani inni rodzice. I tak stałem się ojcem-pasjonatem judo, który chętnie odbiera dzieci z treningów i wciąż spędza całe weekendy na turniejach. (No dobrze, czasami jest tego potwornie dużo. Na przykład, gdy turniej zajmuje oba dni weekendu albo dwa weekendy z rzędu).

Dziewczynki trenujące judo to dzika banda. Ale ojcowie też są godni zobaczenia: to ciekawy widok, gdy dookoła maty stoją sami mężczyźni w wieku od 30 do 50 lat, którzy krzyczą do małych dziewczynek z warkoczykami, szarpiących się za ubrania: Jasmin, zrób harai goshi! Trzymaj ją mocno, Jennifer! Jessica, przewróć ją wreszcie! Wyrywają sobie włosy z głów, obgryzają paznokcie, gorączkują się i drżą.

Bycie przy wzlotach i upadkach buduje więzi – w przypadku nieoczekiwanego zwycięstwa nad budzącą postrach rywalką czy nieuniknionej porażki z ręki silniejszej koleżanki. Niezapomniany jest również dla mnie turniej hokeja, który odbył się zeszłego lata, gdy moja mała Anna, która zawsze chętniej zostawała w bezpieczniejszej obronie, zebrała się nagle w sobie, przejęła krążek i śmiało cisnęła nim w bramkę przeciwnika. Nikomu nie przyszłoby to do głowy, a już na pewno nie jej samej. Jej radość była nie do opisania. Przy pomocy tej bramki wywalczyła zwycięstwo nad osłupiałymi przeciwnikami. Było to również zwycięstwo nad nią samą.

Dzieci potrzebują prawdziwych ojców (i matek). Całkowicie popieram pomysł nazwany przez duńskiego terapeutę rodzinnego Jespera Juula „równomiernym przewodnictwem” w rodzinie. Zasada ta, według Juula, „polega na dwóch fundamentach.

Jednym z nich jest coraz większa społeczna, polityczna i ekonomiczna równość pomiędzy płciami, drugim jest stwierdzenie, że mężczyźni i ojcowie powinni być aktywną częścią składową codziennych domowych spraw oraz – w nie mniejszym stopniu – będąc zaangażowanymi w rodzinę, powinni codziennie aktywnie troszczyć się o dzieci. W odniesieniu do europejskiej historii rodziny jest to myśl rewolucyjna. Ojcowie i mężczyźni zawsze mieli ważne funkcje w rodzinie i w stosunku do rodziny, teraz jednak wyjątkowo stali się częścią rytmicznej, ciągłej wspólnoty matki z dzieckiem”. Jeszcze w latach trzydziestych, pisze Juul, duńscy eksperci zalecali, żeby dzieci były już po obiedzie, gdy ojciec wrócił z pracy. Nie można było przecież żądać od pana domu, żeby spożywał główny posiłek z hałasującymi dziećmi!

U mnie wszystko to wygląda zupełnie inaczej (i u mojej czynnej zawodowo żony też): jeśli wracamy do domu zbyt późno, tak że nie widzimy już dzieci, czegoś nam brakuje. Nie potrafimy odnaleźć spokoju, a gdy taka sytuacja zdarza się częściej, mamy wrażenie, że prawdziwe życie przecieka nam przez palce.

Cóż jednak pozostało z roli ojca po „rewolucji” w życiu rodzinnym? Jakie są owe szczególne zjawiska, które jako ojciec mam wnieść w rodzinę?

Dla mnie bycie ojcem oznacza między innymi: odpowiedzialność, opiekę, cierpliwość. Wspieranie swojej żony i nauczenie się życia z myślą, że czasami żona jest lepsza i odnosi większe sukcesy niż ja sam. (Nawet jeśli czasami jest to trudne: ale jako ojciec córek chciałbym, aby w przyszłości znalazły mężów, którzy będą mieli takie samo zdanie). Mówienie swojego zdania. Zdolność organizowania różnych spraw. Radość z majsterkowania. Powstrzymywanie nerwów, kiedy inni tracą panowanie. Posiadanie długoterminowej perspektywy. Natężenie wysiłków, kiedy inni chcą się już poddać. Zaufanie sobie i innym. Wykazywanie inicjatywy. Spojrzenie w oczy niemiłym prawdom. Śmianie się z siebie samego. Znanie własnych granic i szanowanie granic innych. Umiejętność równoległego parkowania tyłem.

Jeśli to sobie wszystko przemyśleć, to cechy te dotyczą również mojej żony – może za wyjątkiem ostatniego punktu. Udowodniła, że w niektórych przypadkach jest nawet lepsza ode mnie. Wprawdzie gorzej parkuje, ale jest o wiele odważniejsza.

No i? Odwieczne dociekania dotyczące ról płci nie przyniosły niczego dobrego i powoli zaczynają już działać na nerwy. „Równomierne przewodnictwo”, pisze Juul, funkcjonuje jedynie wtedy, gdy „oboje rodziców opanowuje wszystkie role konieczne w rodzinie i są oni chętni do uzupełniania siebie, przejmując konkretne funkcje, jeśli zajdzie taka potrzeba”. I to mi się podoba. Nie ma żadnych modeli, ponieważ każdy, kto zdaje się na taki system, musi wypracować sobie własny model codziennej rzeczywistości.

Ojcowie i matki mają przy tym teraz szansę, jeśli będą się trzymać razem przeciwko tym, którzy ich gnębią, niepokoją i infantylizują: przeciwko ekspertom, przemysłowi akcesoriów dziecięcych, biurokracji i niestety czasami również innym rodzicom. Precz ze wzorem w misie! Niech żyje równomierne przewodnictwo!

I nawet jeśli zabrzmi to bezlitośnie: tylko gdy ojcowie i matki trzymają się razem, mają również szansę wygrania z własnymi dziećmi. Ponieważ rodzice mają niestety skłonności do zapominania o ważnym fakcie z życia rodziny: to my byliśmy tutaj pierwsi!

 

Więcej w genialnej książce: Wyznania ojca sprawiającego problemy wychowawcze. O tym, jak nasze dzieci nas wychowują - Jörg Lau

 Z okazji DNIA OJCA książka za jedyne 5 złotych!

 

 

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl